Serce lasu

Artysta pracował do późna. Lampy oliwne oświetlały migotliwym światłem załomy ogromnego dębowego pnia, z którego po każdym kolejnym uderzeniu młota w dłuto spływały girlandy wiórów. Niemłody już mężczyzna otarł chudym przedramieniem pot z pokrytego nabrzmiałymi żyłami czoła.

Termin to rzecz święta. Termin to zobowiązanie wymagające honorowego podejścia. Nie dotrzymując terminu plujesz w twarz swojemu chlebodawcy. Dlatego zdecydował się na pracę przy niedostatecznym świetle oliwnych płomyków kiedy okazało się, że drewno tego gigantycznego pnia jest wręcz niemiłosiernie twarde.

W swoim kilkudziesięcioletnim życiu nigdy nie miał do czynienia z tak opornym tworzywem. Ani razu nie spotkał się z czymś takim, ba! nawet nie podejrzewał w najgorszych kszmarach, że drewno dębu może być aż tak uparte!

Drwal, u którego zamówił materiał, był solidnym rzemieślnikiem. Korzystał z jego usług od trzech lat, i chociaż czasami mierziła go jego szorstkość, a dzikie spojrzenie napawało niesprecyzowanym niepokojem, to jednak był zadowolony. Zdrowe drewno, pierwszorzędny surowiec na dzieło sztuki.

Obrabiał kłodę już drugi tydzień. Po pierwszym dniu roboty, po którym całe dłonie miał pozdzierane do krwi, już wiedział, że to nie będzie rutynowa, wyrobnicza łupanina. Duch drzewa, którego pień tak zawzięcie drążył, wystawiał go na próbę.

Zastanawiał się, jak łatwo heretyckie myśli znajdują sobie drogę do bogobojnego serca. Elfowe bzdury, druidyczne gusła, tfu! A jednak, jakoś tak samo z siebie, przyszło zrozumienie, a potem pewność, że poza ogólnie hołubioną, a jednak powierzchowną religijnością ludu kryje się jakaś głębsza prawda.

Pamiętał doskonale ślady czerwonej i błękitnej farby, fragmenty jakiegoś malowidła, dające się zauważyć na krawędziach niedbale odartej z kory połaci pnia. Przyszło mu wtedy do głowy, że być może trafił mu się kawał pogańskiego, świętego dębu, ale zbył tę myśl następną, że przecież drwal nie byłby takim głupcem, żeby zadzierać z mieszkańcami głebokiej puszczy, a zaraz jeszcze kolejną, że przecież to wszystko są tylko bajki opowiadane przy wieczerzy niegrzecznym dzieciom.

Wyciszył potok myśli i skoncentrował się na wizji swojego arcydzieła. Kropla potu ściekającego z czoła wpadła wprost do oka; słona iskierka bólu. Zazwyczaj za mało, by wywołać pożar, jednak nie tym razem. Z jakiegoś powodu któryś z mięśni ramienia drgnął w niekontrolowany sposób, a wytrącony ze swojej trajektorii młotek z miażdżącym impetem uderzył w dłoń trzymającą dłuto.

Ból w jednej chwili zredukował artystę do wijącej się wśród trocin bezrozumnej pacynki. Siła ciosu była na tyle potężna, że obuch młotka z głośnym chrupnięciem roztrzaskał i zgniótł staw kciuka lewej dłoni, rozrywając okrywającą go skórę, przecinając włókna mięśni i ścięgien. Skowycząc jak ranny pies, mężczyzna drgał konwulsyjnie, znacząc tryskającą krwią podłogę warsztatu. Po chwili stracił przytomność.

Pierwsze, co dotarło do jego świadomości, to tępy ból głowy. Po chwili dołączyły się do tego kolejne wrażenia: szarpiący ból lewego kciuka, suchość języka, pieczenie pod powiekami. Dźwięk łomoczącego o dłuto młota. Otworzył oczy, a następnie szybko je zamknął, gdy słońce wraziło szpile promieni światła prosto w źrenice. Gdy falujące pod powiekami czerwone i białe płaty rozsypały się w miliardy iskrzących gwiazd powoli rozpływających się w czerni, zdecydował się spojrzeć jeszcze raz.

Dźwięk młota okazał się nie być wytworem wyobraźni. Artysta patrzył ze rozpaczą na swoje niedokończone dzieło, będące metodycznie i z furią obracane w niwecz przez ohydnego karła. Zerwałby się zapewne i zadusił potwora własnym rękami, gdyby nie pętające go więzy, ściśle przytwierdzające go do krzesła. Z gardła wydobył mu się skrzek, wyrażający gniew i cierpienie.

Karzeł rzucił spojrzeniem przez ramię na spętanego człowieka. Przez zdeformowaną, nieludzką twarz przemknęła fala czystej, diabelskiej nienawiści. Chwilę potem fosforyzujące jak u kota oczy szybko odwróciły się z powrotem w kierunku pnia. Ramiona wyposażone w ogromne, rozsadzające skórę mieśnie, ponownie puściły w ruch młot i dłuto, uderzając z niewyobrażalną wręcz siłą i prędkością w miąższ pnia, wyrywając z niego raz za razem potężne kęsy. W jasnym, wiosennym świetle dnia wyraźnie widać było fruwające krople potu otaczające sylwetkę karła diamentową burzą. Dyszał ciężko, wytężając wszystkie siły.

Mężczyzna przywiązany do krzesła zaczął wyć, pluć i szarpać się, po chwili przewracając się na podłogę. Najpierw wyzywał swojego oprawcę od najgorszych, przeklinał go, by po chwili prosić i błagać o uwolnienie. Karzeł nie reagował, kontynuując pracę bez wytchnienia. Stary rzeźbiarz po chwili dał za wygraną. Kręciło mu się w głowie, żołądek wywracał się wywołując torsje, wzrok okrywała mgła. Patrząc na wiszący u ręki ochłap zsiniałego mięsa, który był kiedyś jego palcem, doszedł do wniosku, że musiał stracić dużo krwi. Jednak podłoga była stosunkowo czysta. Trociny łakomie wysączyły każdą kroplę.

Z perspektywy podłogi przyglądał się sytuacji, mając płonną nadzieję, że to tylko sen.

Karzeł przerwał pracę. W pniu ziała kilkudziesięciocentymetrowa szczelina. Wyraźnie drżącymi dłońmi sięgnął w głąb, by po chwili wydobyć na zewnątrz ogromny, subtelnie rozświetlony, zielonkawy kryształ. Starzec wstrzymał oddech zachwycony zjawiskowym pięknem przedmiotu. Nastąpiła chwila kompletnego bezruchu. Przerwał ją jęk. Zdeformowany potwór łkał spazmatycznie, tuląc do siebie przygasające, pulsujące światło. Łzy spływały po niesymetrycznej twarzy, ginąc w zaroście przypominającym krzaczasty mech.

Artysta zrozumiał, że nadszedł jego koniec, zanim światło kryształu zupełnie zanikło. Gdy bestia zwróciła w jego stronę twarz, zobaczył twarz Śmierci. Nie rozumiał jednak przyczyny. Nie wiedział, dlaczego musi umrzeć. Na chwilę w umyśle zagościły porwane wątki myśli o świętych gajach, elfach i druidach. Jego Śmierć, zbliżająca się nieubłaganie, w żaden sposób nie przypominała ani elfa, ani druida.

Karłowaty potwór jedną ręką chwycił go za gardło i szarpnięciem dźwignął do pionu. Coś chrupnęło w karku artysty. Starzec zrozumiał, że ma przetrącony kręgosłup. Zauważył, że jego ciało nie oddycha. Nie mogąc się poruszyć, patrzył jak zaopatrzona w czarne, ostre paznokcie dłoń wydobywa z dziwną łatwością z jego własnej klatki piersiowej żywe, bijące serce, po czym wkłada je do szczeliny w pniu.

Wreszcie artysta zdecydował się umrzeć.

Karzeł cofnął się tyłem, wpatrzony w pień drzewa, a jego cała sylwetka zdradzała napięcie i oczekiwanie. Nic się jednak nie stało. Spojrzał jakby niepewnie w kierunku rozdartego ciała starego człowieka i szybko odwrócił wzrok. W jego półzwierzęcym umyśle, od zawsze wypełnionym jednym tylko celem i jednym pragnieniem, zagościła dziwna pustka. Cały zwiotczał i jeszcze bardziej się przygarbił. Gdzieś w środku poczuł, że popełnił błąd. Szybko odwrócił się na pięcie i wybiegł na zewnątrz.


Zamów subskrypcję tego bloga – będziesz informowany o nowych postach e-mailem.

Odwiedź sklep z grami: www.rebel.pl

Advertisements

~ - autor: malleusbellum w dniu 10 lutego 2007.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: