Długaśnego streszczenia ciąg dalszy – czyli drugi

A JAK SIĘ NIE POZABIJAMY NAWZAJEM TO MOŻE BĘDZIE JESZCZE TRZECI I CZWARTY I PIĄTY I SZÓSTY I Siódmy i ósmy i dziewią…

Wszelkie komentarze są mile widziane!

Co dalej z Adhelmem i Klausem? Zobaczmy…

Zapowiadał się piękny i rześki dzień. Klaus patrzył przez okno prosto w niebo, chłonąc jasne, wiosenne promienie słoneczne. Przez tyle lat spędzonych w ciemnych i dusznych kanałach już dawno zapomniał, tego ciepłego uczucia na twarzy. Właściwie zapomniał przez nie o wielu rzeczach, a jeszcze inne zupełnie go ominęły. Powoli zaczynało do niego docierać jak wiele stracił przez ten czas. Ogarnęło go dziwne uczucie, którego chyba nigdy nie zaznał lub nie pamiętał już o nim. Jakiś dziwny rodzaj tęsknoty za czymś czego nie potrafił określić. Przetarł ukradkiem łzę, która nieoczekiwanie spłynęła mu po policzku. Wychylił się przez okno i dostrzegł Wolmara, który miarowym krokiem zbliżał się do ich siedziby.

Adhelm wpatrywał się w figurę nieziemskiej urody, którą mógł w pełni docenić dopiero teraz przy dziennym świetle. Kobieta była bardzo piękna. W nocy kusiła go i przywodziła lubieżne myśli, ale teraz tchnęła idealnym, czystym pięknem, które można było tylko podziwiać. W tym momencie jakiekolwiek dotknięcie figury tylko by ją splugawiło. Nie wiedział czemu nagle przypomniała mu się matka, a potem Gretel. Ich ciepłe spojrzenia powodujące w duszy pewne dziecinne poczucie bezpieczeństwa. Zaskoczyło go to wspomnienie, które przyniosło ze sobą ukłucie bólu. Trwali tak obaj w milczeniu, kiedy wreszcie wszedł Wolmar.

– Rozmawiałem trochę wczoraj o waszych przygodach i planie, który chcecie zrealizować – powiedział rzucając na siennik worek z jedzeniem. – Myślę, że jest duża szansa na jego wykonanie, ale to wszystko zależy od tego czy teraz wam się uda. No w każdym razie ja muszę na kilka dni wybyć z miasta. Teraz będzie przychodził tu Rudy i jemu zdacie relację z waszych poczynań i tylko on przekaże je Pani. Możecie polegać na nim, jest dla mnie prawie jak brat. Kiedy tylko będę z powrotem skontaktuję się od razu z wami. Bywajcie zdrowi.

Odwrócił się z zamiarem otwarcia drzwi i zatrzymał się w pół kroku.

– A… cóż to? – patrzył na figurę.

[Malleusbellum: Słowo wyjaśnienia — tekst pisany kursywą jest tekstem, który był odczytywany przed sesją w charakterze „demka”. Takie wstępy do przygody czy do sesji robią świetny klimat i doskonale przygotowują wszystkich do zanurzenia w świat wyobraźni]

Krótko wyjaśnili Wolmarowi całe wydarzenia, a ten po wysłuchaniu opuścił ich tak jak zapowiedział. Debatowali właśnie nad planem jaki mają przedsięwziąć kiedy ktoś zaczął rzucać w dach kamieniami. Zobaczyli, że jest to owa pokraczny i kulejący człowiek którego już kiedyś widzieli. Zeszli do niego. Okazało się z bliska, iż jest to półork, który przedtawił się jako Ullman syn Matki, czyli wiedźmy z lasu niedaleko klasztoru. Rzucił im złoty medalion, który zgubili jeszcze w Barwedel. Była to błyskotka znaleziona w ustach głowy należącej kiedyś do człowieka odpowiedzialnego za zawalenie się świątyni w tej wsi. Ullman żądał od Adhelma i Klausa ukarania winnego zabicia matki, czyli brata Heinricha. W przeciwnym razie miała by na nich spaść jej klątwa.

Tego dnia postanowili powęszyć jeszcze wokół grupy Światłości Objawienia, jak siebie nazywali. Adhelm wieczorem poszedł do Dwóch Księżyców, zwyczajowego miejsca spotkania Leopolda i Frederika Machtela z resztą kompanii. W tym czasie Klaus ruszył do Talagradu, do nie do końca zbadanych magazynów Albrechta Mehoffera, w których pracował jeden z członków sekty. Tam bez problemów wdarł się do środka i w piwniczce znalazł metalową figurę psiego wojownika skradzioną niegdyś rajcy przez jednego z jego ludzi. Oprócz tego artefaktu ukradł jeszcze szkatułkę z pieniędzmi i kilka dokumentów. Będąc z powrotem w domu rozpoczął dokładne oględziny przedmiotów.

Klaus nie mógł tego przewidzieć. Wszystko poszło doskonale. Może właśnie aż za bardzo? Na ulicach nie kręcił się nikt podejrzany, do magazynów dotarł więc bardzo szybko. Tam z kolei nikogo nie było, tak że mógł się rozglądać do woli, co też uczynił. Znalazł jakąś dziwną figurkę w loszku pod budynkiem. Dziwne. Kolejna figura. Wychodząc zabrał jeszcze garść dokumentów i małą szkatułkę. W drodze powrotnej rozglądał się uważnie, ale nie spostrzegł nic niepokojącego. Dysząc z podekscytowania zatrzasnął za sobą drzwi kryjówki i zabrał się do oględzin znalezionych przedmiotów. Nagle cały stężał.

– Das var umulig aktie – powiedział z zewnątrz tubalny głos, na dźwięk którego Klausowi zjeżyły się wszystkie włosy.
– Gitte um tall, menneske jar wir drepe du!

Klaus szybko zgasił i tak już słaby płomień kaganka i potruchtał skulony do okna. Powoli wyjrzał. Z początku nic nie zobaczył, ale poczuł zapach dobrze wyprawionego futra zmieszany z jakąś dziwną wonią. Jego słaby wzrok po chwili wyłowił z mroku ciemną sylwetkę rosłego wojownika, stojącego z założonymi rękami. Był odziany w grube futra i nawet jego hełm był otoczony taką właśnie ozdobą.

– Slutta das Kazuf! – odkrzyknął inny chropawy głos. Był gdzieś dalej, Klaus nie widział go. Zimny pot wystąpił mu na skroń.

– Giswan! Komme in og drepe dem! – zacharczał kolejny. Było więc ich co najmniej trzech. Teraz wyrażnie usłyszał kroki. Ruszyli z miejsca. – Blode hunde! Blode gud!

Dobrze słyszał, że kroki zbliżały się do wejścia, a posępni wojownicy nie przyszli tu aby z nim rozmawiać. W panice rzucił papiery na jeden z sienników i skrzesał drżącymi ze strachu dłońmi ogień, po czym przecisnął się przez niewielkie okienko i zeskoczył na ziemię. Słyszał już jak rozwalali drzwi i szybko pobiegł schować się za stertą śmieci, w której ukrywał się Ullman. Wojownicy rykiem oznajmili swoją wściekłość i wypadli na zewnątrz w poszukiwaniu Klausa. Długo węszyli, jednak smród sterty odpadkówmusiał być silniejszy niż zapach tego czego szukali, po czym oddalili się. Klaus odczekał jeszcze jakiś czas i pobiegł do Dwóch Księżyców mając nadzieję zastać tam swojego towarzysza.

Tymczasem Adhelm tak jak ustalili, spotkał się w karczmie z Leopoldem i Frederikiem. Tym razem spotkał tam jeszcze kogoś nowego z sekty. Zostali przedstawieni jako Juregen i Gisele. Wyglądali na bogatych patrycjuszy, a ich zachowanie i postawa wskazywaly na to, że stoją wyżej w hierarchii grupy. Wymienili uprzejmości i zapowiedzieli ważne wydarzenie w dniu jutrzejszym, a co ważniejsze zaproponowali Adhelmowi udział w przedsięwzięciu i przystąpienie do nich. Warunki były dwa: musiał spowodować zniknięcie brodacza, dość intensywnie szpiegującego Leopolda oraz przyprowadzić na spotkanie Carlottę, pomocnicę ojca Samuela, znanego w mieście kapłana Shalyi. Adhelm przystał na te warunki. Po spotkaniu śledził brodacza jak ten zmierzał do domu Frederika, jak się okazał na miejscu z zamiarem włamania się tam. Wtedy Adhelm ujawnił się i zaproponował grę w otwarte karty. Obaj poszli do gospody Doppelhander.

Brodacz wychylił kufel i jednym haustem wypił połowę. Odstawiając wytarł mokre wąsy. Widać było, że jest bardzo zmęczony. Wydawał się teraz starszy i poważniejszy niż podczas pierwszego spotkania w Dwóch Księżycach.

– Myślę, że czas wyłożyć karty na stół, bo zdaje się, że zmierzamy w tym samym kierunku – powiedział – nazywam się Mikołaj Koroski i kiedyś byłem kowalem w Stein Ragow. Przybyłem tu razem z moimi ziomkami, którzy modlili się o uratowanie naszej wsi przed Szramą. Oni już wrócili, ale ja zostałem. Oczywiście zapytasz dlaczego. Otóż wierzę w bogów i ich pomoc w walce z chaosem, jednak wiem, że nie zdarzy się żaden cud i święty promień z nieba nie spali Szramy. Musimy dokonać tego my. Własnymi rękami. Nikt nam nie pomoże jeśli nie zrobimy tego sami. Moja rodzina zginęła podczas najazdu tej bandy kiedy byłem na jarmarku w Seelen. Najpierw chciałem biec do lasu i udusić Szramę gołymi rękoma, ale ludzie powstrzymali mnie i mówili, że prędzej zginę niż go w ogóle zobaczę. Poźniej żałowałem, że nie było mnie przy mojej rodzinie, przynajmniej zginąłbym razem z nimi. Owszem przyjeżdzało do nas wielu śmiałków tak jak mówił ci Stanisław, ale cóż oni zdziałali? Nic. Tylko rozjuszyli jeszcze bardziej bandę. Po tym czasie rozpaczy dowiedziałem się od pewnego człowieka imieniem Siegfried, że jeden ludzi Szramy przehandlował jakiemuś czarownikowi jedną z jego najcennieszych broni za coś, jak to określił „ruszającego się w worku”. Faktycznie wcześniej znaleziono jednego z tych renegatów rozczłonkowanego pod lasem. Wiedziałem, że to jest szansa, której nie można zmarnować. Czarownik podążał do Wolfenburga jak twierdził Siegfried. Udałem się tam i ja. Na miejscu odkryłem, że ów pojechał na południe do wielkiego miasta Talabheim. I faktycznie. Tu znalazłem go w towarzystwie niejakiego Leopolda, jak się później okazało. Szukałem cały czas dogodnej okazji do kradzieży, ale ta nie nadchodziła. Dopiero niedawno czarownik gdzieś przepadł jak kamień w wodę, ale zobaczyłem tego chłopaka jak przechwala się swoją nową zabawką. Z pewnością też ją widziałeś. Ten sztylet jak się dowiedziałem nazywa się Pazur.

Adhelm opowiedział mu o zadaniu jakie mają do wykonania w związku z młodym Schilderbachem, obiecał Mikołajowi pomoc w jego misji i zaproponował spotkanie w dniu jutrzejszym jeszcze przed wieczorem. Po tym wszystkim wrócił do domu i tam, ku swojemu zaskoczeniu, zobaczył zdemolowane wnętrze oraz dwóch bandytów znęcających się nad jakimś niziołkiem. Przegnał ich stamtąd mieczem a więźnia uwolnił z pęt i wypuścił. Po chwili spod Dwóch Księżyców wrócił zdyszany Klaus i opowiedział Adhelmowi co się wydarzyło. Wrócili do swej izby i zabezpieczyli wejście prostą pułapką.
Rano przed drzwiami zobaczyli odciętą głowę Rudego, krasnouda, który dostarczał im jedzenie. Ullman wyjaśnił im, że zostawił to nad ranem jeden z Czerwonych Braci, czyli wojowników z dalekiej północy. Okazało się, że półork zna różne języki i wiele ziem widział w swoim życiu. Przypomniał po raz kolejny o klątwie i poszedł.

Klaus zabrał metalową figurę i udał się do tajemniczego alchemika Gotarda Witelusa. Tam dowiedział się za sowitą opłatą, że figura przedstawia wojownika chaosu zwanego Jormun Pies. Żył on w dawnych czasach i był bardzo potężny, a artefakty, które posiadał zapewniały mu wielką moc. Alchemik zidentyfikował trzy z nich. Byly to: Pysk, czyli hełm, Kieł, czyli tasak, którym walczył i Pazur, czyli sztylet. Powiedział również, że były jeszcze inne przedmioty, a zebrane wszystkie razem sprowadzą ducha Jormuna, który doda swe siły wojownikowi, który je posiądzie.

Adhelm poszedł do świątyni Shalyi niedaleko nowego cmentarza, w której znalazł ojca Samuela pomagającemu hordzie żebraków i biedaków wszelkiej maści. Trafił tam również na Carlottę. Użył wielu zabiegów i sposobów, ale w końcu udało mu się ją przekonać do przyjścia do Przystani wieczorem. Później wraz z Klausem spotkali się jeszcze z Mikołajem ponownie w Doppelhanderze, ustalili szczegóły dalszych działań i rozeszli się. Adhelm poszedł przygotować się do kryjówki, a Klaus ruszył za Mikołajem. Tamten zaś poszedł do Dwóch Księżyców gdzie zapewne mieszkał. Klaus obserwował gospodę z ukrycia przez długi czas pragnąc dowiedzieć się czegoś więcej o zamiarach tego tajemniczego człowieka. Jednak wciąż nic sie nie działo, a czas nieubłaganie mijał.

Nie było czasu do stracenia. Z bólem głowy, kulejąc potruchtał do Przystani. Tam na miejscu był już Adhelm z Carlottą oraz Frederik Machtel i Leopold. Po krótkiej rozmowie skierowali Adhelma do bocznego zejścia do piwnicy. Tam wpadł w pułapkę. W ciemności ktoś wpadł na niego i go ogłuszył. Jego ostatnią myślą było, że był to człowiek z magazynów Mehoffera. Ocknął się i ku swojemu przerażeniu odkrył że znajdował się w pomieszczeniu, w którym dokonano jakiegoś plugawego rytuału. Dostrzegł jak za rzędem dziko wykrzykujących kultystów, z których niektóre sylwetki były mu znajome, poruszała się jakaś istota. Piękna i niepokojąca zarazem w swej postaci, zmroziła mu serce kiedy dotarło do niego, że to z pewnością jakiś plugawy demon szepczący coś miękkim i miłym głosem, przebijającym się ponad ekstatyczne krzyki śmiertelników. Co gorsza ujrzał, że istota ta igrała sobie z biedną i zakrwawioną Carlottą. Tego było już nadto.

Zdesperowany Adhelm w szaleńczym wysiłku sięgnął po broń leżącą nieopodal. Kątem oka zobaczył jeszcze jak do pomieszczenia cicho zakrada się Mikołaj z mieczem gotowym do ciosu. Adhelm z okrzykiem rzucił się do walki. Rozpoczęli rzeź. W kilka chwil póżniej wszyscy usłyszeli zawołanie „Blode hunde, Blode gud!” Do piwnicy wpadli wojownicy z północy atakując wszystkich pozostałych. Za nimi dołączył Klaus, który dobiegł właśnie na miejsce.

Komnata spłynęła krwią.


Zamów subskrypcję tego bloga – będziesz informowany o nowych postach e-mailem.

Odwiedź sklep z grami: www.rebel.pl

Advertisements

~ - autor: veert w dniu 19 marca 2007.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: