Akt siódmy – wieś Grindewald

sesja 11 maj 2007

Widok, który roztoczył się przed wędrowcami, natchnął serca nadzieją i radością. Kilkanaście chat przycupnęło wokół dużego budynku z kamienną wieżą. Z kominów wesoło unosił się dym, przywodząc na myśl strawę warzoną w kociołkach, rumiane oblicza wiejskich gospodyń pochylających się nad paleniskiem i rozdmuchujących żar, dzieci ganiające po klepiskach za kurami i psami, staruchy piskliwie śpiewające pod nosem weselne pieśni. Ciepły, przyjazny dom, schronienie i wytchnienie dla umęczonych podróżnych.

Ostatnie dni wędrówki były prawdziwą katorgą dla wędrowców. Justus Spalatin, zahartowany jak stal kapłan Ulryka, którego iście krasnoludzki upór pomagał wszystkim zachować ducha walki, nawet on był już bliski ostatecznego wyczerpania. Cały świat zamykał się w jego szerokich plecach okrytych wilczym futrem, za którymi snuły się widma istot ludzkich mających w swoich otępiałych umysłach jeden cel – nie zostać w tyle.

Ostatnia w miarę wygodna noc spędzona w ruinach krasnoludzkiej strażnicy, opuszczonej przed setkami, jeśli nie tysiącem lat, była już tylko niewyraźnym wspomnieniem. Siedząc tam, przy ognisku ze skwierczących i dymiących zamarzniętych porostów, spoglądali po sobie w milczeniu, a czterech zamarzniętych goblińskich zwiadowców zazdrościło im bliskości żywego płomienia.

Brodaty Justus, o twarzy pobrużdżonej czasem, o oczach lśniących w mroku, o przymrużonych powiekach myśliwego, siedzący na kocach z młotem na kolanach.

Szlachetnie urodzony, młody Nikodemas von Friedank, wysoki i barczysty blondyn, teraz siedzący skulony i marznący, zapatrzony w ziemię, szepczący przekleństwa.

Thomas Stradamus, średniego wzrostu, szpakowaty mężczyzna w wieku około 40. lat. Okutany w koce i szmaty, trzęsący się i szczękający zębami. Blada twarz i wytrzeszczone, brązowe przekrwione oczy przypominające o wydarzeniach, jakich był świadkiem w przepastnych czeluściach Himmelsturmu.

Silma Sexten… być może najdziwniejsza postać przy tym duszącym od pary i aromatu porostów ognisku. Stojąca przez długą chwilę i obserwująca dzieci przycupnięte przy saniach, na których spoczywa ciało ich ojca. Jej determinacja i wewnętrzna siła zadziwiała was każdego dnia wspólnego marszu. Sine, fioletowe usta drżą z zimna. Skórę na twarzy pokrywają gdzieniegdzie brunatniejące plamy odmrożeń, jednak nie są w stanie przyćmić uroku regularnych, delikatnych rysów, a szron pokrywający brwi i rzęsy nie przesłania jasnych oczu.

Wreszcie te dziwne, szalone bachory ciągnące za sobą balast śmierci. Jest w nich coś niepokojącego, jakieś nienormalne poczucie misji, jak u biczowników snujących się po traktach, którym cierpienie odebrało rozum.

Teraz, schodząc powoli w dolinę, gratulowali sobie ocalenia i dziękowali bogom.

Parę staj dalej napotkali orszak powitalny, złożony z 9. uzbrojonych w piki i łuki wieśniaków, obwieszonych owczymi skórami.

Cóż, jeszcze jedna przeszkoda na drodze do upragnionego ocalenia.

***

Drużyna dotarła do wsi Grindewald w eskorcie dziewięciu uzbrojonych wieśniaków.

Otoczone palisadą Grindewald stanowiło kilkanaście zgrabnych chałup przycupniętych wokół kamiennego budynku z zadaszoną, kwadratową wieżą. Do niego właśnie wprowadzono uczestników wyprawy, nakarmiono i przykazano siedzieć na kupie.

Rano w izbie zebrało się ponad trzydziestu mężczyzn, na czele których stał Stary Robert, człowiek o największym autorytecie spośród wieśniaków. Rozpytał się podróżnych i przy okazji wyjaśnił co nieco.

Wieś Grindewald była ostatnią wsią w dolinie. Na szlaku w kierunku Reiklandu były jeszcze dwie: Mannlichen i Meringen. Zamieszkuje je od pokoleń plemię Drawehnnitów, tradycyjnie nieprzychylne Unberogenom. Wieś Grindewald jest od kilku pokoleń zostawiona sama sobie, nie ma sołtysa, nie zaglądają tutaj poborcy ani strażnicy dróg. Szlak kończy się tutaj, a góry w tej części nie oferują żadnej dogodnej przeprawy na zachód.

W Meringen szykuje się bunt i pozostałe dwie wsie niejako siłą rzeczy zostaną wcielone do spisku.

Wieczorem Hans został zabrany na spytki do ustronnej szopy. Stary rozpytywał o towarzyszy i wyraźnie dał do zrozumienia, że nie może wypuścić z rąk ludzi, którzy mogą rozgłosić wieść o zarzewiu buntu. Chciał pozbyć się szlachty – Nikodemasa, ale nie chciał brać na siebie odpowiedzialności za życie kapłana Justusa, dając Hansowi do zrozumienia, że miałby to załatwić we własnym zakresie. Jako zabezpieczenie swoich roszczeń Stary Robert zażądał pozostawienia we wsi Silmy w charakterze zakładnika.

W nocy do szopy przyszedł Dieter, wiejski czarownik. Pierwotnie bardzo wrogo nastawiony do Hansa, teraz zachowywał się zupełnie inaczej. Powiedział, że duchy kazały mu iść za Hansem i być na jego usługi.

Rano Robert wyprowadził wszystkich (poza Hansem, siedzącym w zamknięciu) i oznajmił, że są wolni i mają się zabierać z jego wsi i trzymać jęzory za zębami. Hans zostaje jako zakładnik, gdyby miałoby się we wsi pokazać reiklandzkie wojsko przed następną zimą.

Gotard nie chciał opuścić wsi bez Hansa. Nastąpiła chwila wahania i niepewności, która została przerwana niespodziewanie przybyciem trzech wojów. Ebwain – niezwykle potężnej budowy mężczyzna, wystrojony i pomalowany rytualnie jak barbarzyńca, z wielkim toporem przewieszonym przez plecy, w towarzystwie dwóch zwyczajnie wyglądających wieśniaków zaopatrzonych w łuki, zawitał do Grindewaldu.

Kompania została gwałtownie wepchnięta z powrotem do izby. Rozkazano im siedzieć cicho i nie pokazywać się na zewnątrz.

c.d.n.


Zamów subskrypcję tego bloga – będziesz informowany o nowych postach e-mailem.

Odwiedź sklep z grami: www.rebel.pl

Reklamy

~ - autor: malleusbellum w dniu 12 Maj 2007.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: